-Rosie
szybciej, bo się spóźnimy!- ojciec ciągle ponaglał nas w czasie chaotycznej
podróży na dworzec King’s Cross.
Kątem
oka spojrzałam na matkę i zauważyłam jak kręci głową z niedowierzaniem, a
uśmiech pojawia się na jej ustach.
-
Dlaczego się śmiejesz, mamo? – zapytałam, łapiąc ją za rękę.
-
Po prostu nie mogę uwierzyć, że Twojemu ojcu tak się spieszy na pociąg. W
dzieciństwie razem z wujkiem Harry’m spóźnili się na pociąg, a do szkoły
dojechali starym, latającym Fordem Anglią dziadka Artura.
Nie
rozumiałam powodu, dla którego matka miałaby w tej chwili żartować. Czyżby
chciała mnie pocieszyć przed moją pierwszą jazdą Express’em Hogwart? Wcale się
nie denerwowałam.
-
No już, dzieciaki, ustawiamy się! – Ronald Weasley był w dniu pierwszego
września wyraźnie zdenerwowany.
Przyciągnęłam
do siebie wózek, na którym poukładane były staromodne, brązowe kufry z szatami,
księgami zaklęć, piórami, pergaminami i innymi niezbędnymi w szkole
akcesoriami. Na szczycie bagażów chybotała się niebezpiecznie klatka z malutką
sówką w środku. Rodzice kupili jej zwierzaka podczas jej pierwszej wyprawy na
ulicę Pokątną. Sowa ze względu na sentyment rodziny Weasley’ów otrzymała imię
sędziwego puchacza, Errol’a.
Z
całej siły pchnęłam wózek i rozpędzona wbiegłam na ścianę między peronem 9 i
10. Peron numer 9 i ¾ był stacją stworzoną specjalnie dla czarodziejów
wybierających się na rok szkolny do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Neville
Longbottom – nauczyciel zielarstwa i jednocześnie obecny dyrektor szkoły, to
dobry przyjaciel rodziny, o którym co chwila przypomina mi matka. Pociąg już
stał na torach gotowy do odjazdu. Na peronie roiło się od podekscytowanych
pierwszoroczniaków, ich starszych kolegów oraz oszołomionych ze strachu
rodziców.
-
Gdzie jest Albus? Miałam usiąść z nim w jednym przedziale! – tupnęłam nogą w
kamienną posadzkę stale się rozglądając.
-
Hermiona! – męski głos rozniósł się echem w moich uszach.
Dobrze
zbudowany, czarnowłosy mężczyzna podszedł do mojej matki i przytulił ją jak
dobrą znajomą. Po chwili podeszła również jego żona, Ginny wraz z dziećmi:
James’em, Albus’em i Lily. James zaczyna trzeci rok nauki w Hogwarcie. Przez
dwa lata zdążył nieźle nastraszyć młodsze rodzeństwo, również cioteczne,
wliczając mnie. Opowiadał niestworzone historie o Irytku, duchu, który
wszystkich przedrzeźniał, o quidditch’u i niesamowitej atmosferze panującej w
pokoju wspólnym Gryfonów.
Albus,
który razem ze mną rozpoczynał dopiero trwający siedem lat tok nauczania, był
przerażony. Przez całe lato chodził smutny, z powodu obaw, że trafi do
Slytherin’u. Wujek Harry słysząc ponowne jęki o Tiarze Przydziału wypowiadane
przez swojego najmłodszego syna, kucnął przed nim i szeptał mu do ucha słowa
otuchy. Najwidoczniej podziałało, bo już po chwili Al był równie podekscytowany
jak inni jedenastolatkowie.
Lily
Luna Potter i Hugon Ronald Weasley mieli po dziewięć lat i obydwoje byli
naburmuszeni od samego rana. Zapewne jak każdy młody czarodziej chcieliby
znaleźć się już w murach zamku Hogwart i zacząć kształcić swoje umiejętności
magiczne.
-
Czy to Malfoy? – Ginny zapytała mamę.
Hermiona
Weasley pokiwała głowę, a wszyscy dorośli zwrócili oczy ku nowo przybyłej
rodzinie. Malfoy’owie? Ojciec ani matka nigdy o nich nie opowiadali. Pan Malfoy
był wysokim, wychudzonym mężczyzną, o nieskazitelnie białej cerze i blond
włosach, które od czasów szkolnych znacznie się przerzedziły. Kobieta obok
niego to zapewne jego żona, również wysoka, o niespotykanej urodzie. Między
nimi stała mini kopia pana Malfoya – ich syn. Sądząc po zakłopotaniu chłopca on
też rozpoczynał pierwszy rok nauki w Hogwarcie.
Rozległ
się głos dzwonka, ogłaszający, że do odjazdu zostało pięć minut. Nadszedł czas
pożegnań.
-
Jak nie trafisz do Gryffindoru, to cię wydziedziczymy!- zawołał ojciec, gdy
przytulał mnie. - Ale nie nalegam.
Podejrzewam,
że zmienił zdanie ze względu na autorytet żony.
James
pociągnął mnie za rękę, w biegu żegnając się z rodzicami. Przebiegł obok kilku
przedziałów, aż znalazł właściwy. Otworzył okno i machał do Harry’ego, Ginny,
Ron’a i Hermiony, Hugon’a i Lily stojących na peronie.
-
Co wiesz o tych Malfoy’ach? – spytałam James’a po kilkunastu minutach jazdy.
Chłopiec był zajęty polerowaniem różdżki.
-
Ojciec powtarzał, że on i Dracon Malfoy byli wrogami w szkole. Teraz kiedy jego
syn zaczyna tu naukę trzeba będzie uważać. Ta rodzina od dawna macza palce w
czarnej magii. – odpowiedział szybko i powrócił do przerwanej czynności.
Czarna
magia? Myślałam, że czarodzieje praktykujący ten rodzaj czarów istnieją tylko w
baśniach pod złymi postaciami, lub wyginęli tysiące lat temu. Nie zdawałam
sobie sprawy, że w Hogwarcie mogą czaić się takie niebezpieczeństwa. Chłopak,
którego ojciec uprawiał czarną magię?
-
Jak myślicie, ten młody Malfoy pewnie zna zaklęcia niewybaczalne. – James
kontynuował temat.
-
Zaklęcia niewybaczalne? Co to takiego? – dopytywał Albus.
-
Są to najgorsze klątwy jakie może rzucić czarodziej w pojedynku. Podobno za
wypowiedzenie choćby jednej z nich, trafia się do Azkabanu, do celi pełnej
dementorów.
-
Co to dementor? – pierwszy raz słyszałam tak dziwne określenie. To jakiś rodzaj
kary?
-
Dementorzy to strażnicy Azkabanu. Są to bezkształtne postaci, w czarnych
szatach. Nie mają twarzy, na głowie zarzucony kaptur. Podobno spojrzenie
dementora zabija.. Nie wolno zaglądać im pod te ich kaptury. Ted opowiadał, że
kiedyś strzegli bram Hogwartu, ale zginęło za dużo uczniów, więc dyrektor kazał
im wrócić do Azkabanu.
Z
każdym słowem James’a byłam coraz bardziej przerażona. Czy ci dementorzy
istnieją naprawdę, czy są tylko tematem żartów mojego ciotecznego brata?
-
Coś z wózka kochaneczki? – drzwi przedziału otworzyły się i stanęła w nich
pulchna kobieta, trzymająca rączkę wózka wypełnionego po brzegi czarodziejskimi
przysmakami.
-
Poproszę Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta. – ogłosił Jamesa, podając
kobiecie kilka srebrnych monet.
-
Dwa Paszteciki z Dyni. – powiedziałam, wyjmując z sakiewki potrzebną sumę.
Będąc
jedyną damską częścią populacji w przedziale, czułam, że zaraz zwymiotuje, gdy Al
połknął fasolkę o smaku wątrobianym. Odsłoniłam zasłonę i ujrzałam chmarę
uczniów przebranych w czarne, szkolne szaty. Postanowiłam zrobić to samo i
zwiedzić pociąg.
-
Uważaj jak łazisz, rudzielcu. – wysyczał mi do ucha męski głos, gdy wpadłam na kogoś
z impetem, gdy pociąg skręcił.
Spojrzałam
w górę i ujrzałam blond czuprynę i bladą twarz. To ten chłopiec z rodziny
Malfoy’ów, o którym opowiadał James.
-
Przepraszam, nie chciałam. Jestem Rose, a Ty?- próbowałam zaprzyjaźnić się z
owym chłopakiem. Pomijając życiorys jego ojca, on wcale nie musi być taki zły.
-
Scorpius. Scorpius Malfoy. – poczułam jak przeszywa mnie wzrokiem, wpatrując we
mnie swoje szare tęczówki. – Ty to pewnie Weasley. Może i dorobiliście się w Ministerstwie i nie
nosicie tych obszarpanych szat, ale rudych włosów nie ukryjesz.
Nikt
nigdy nie obraził mnie w ten sposób. Poczułam jak do oczu napływają mi łzy i
uciekłam z powrotem do przedziału. James i Albus zaczęli dopytywać dlaczego mam
zapłakaną twarz, lecz ja unikałam wszelkich pytań.
-
Pirszoroczniacy! Pirszoroczniacy do mnie! – na środku peronu stał olbrzymi
mężczyzna, nawołując i wymachując wielkimi rękoma.
Gdyby
ojciec i matka nie opowiadali mi o dobroci Hagrida i jego zdolności do
pakowania się w kłopoty, przestraszyłabym się go. Rozejrzałam się w
poszukiwaniu James’a lecz nigdzie nie mogłam go znaleźć. Po chwili usłyszałam
głośny śmiech i zobaczyłam brata w objęciach kilku chłopców.
Odszukałam
Albusa i razem z nim dołączyliśmy do małego tłumku naokoło gajowego.
-
Zgodnie z odwieczną tradycją Hogwartu, pirszoroczniacy zostaną
przetransportowani do szkoły na łodziach. Sprawnie przepłyniemy jezioro, aby
wziąć udział w Ceremonii Przydziału. – machnął na nas ręką i pakował po kilka
osób do jednej łódki.
Na
szczycie schodów stała chuda kobieta w czarnej szacie wyjściowej i spiczastym
kapeluszu.
-
Nazywam się Mafalda McGonagall i jestem opiekunką Gryffindoru oraz nauczycielem
transmutacji. Proszę ustawić się w pary, razem wejdziemy do Wielkiej Sali,
gdzie Tiara Przydziału przydzieli Was do odpowiednich domów.
Wielka
Sala była ogromna. Wzdłuż niej stały cztery długie stoły, pełne wesołych,
rozgadanych uczniów. Każdy stół należał do innego domu. Domów w Hogwarcie było
cztery: Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin. Od wieków w mojej
rodzinie wszyscy trafiają do Gryffindoru.
-
Gdy wywołam czyjeś nazwisko, osoba ta siada na stołku, a ja zakładam mu na
głowę Tiarę Przydziału.
Tiara
Przydziału to stary, wyświechtany kapelusz, który miał zdolność dopasowywania
danego ucznia, do odpowiedniego domu.
-
Scorpius Malfoy.
Niski
blondyn usiadł na stołku, a profesor McGonagall nałożyła mu na głowę Tiarę
Przydziału. Prawie od razu wykrzyknęła ona: Slytherin!
-
To było do przewidzenia. – mruknął cicho Albus.
-
Następnie Albus Severus Potter.
Zobaczyłam
jak na dźwięk słynnego nazwiska mojego wuja, wiele osób na Sali poruszyło się
nerwowo. Minęło dziewiętnaście lat odkąd mury tej szkoły odwiedziła osoba o
takim nazwisku, wyłączając James’a.
-
Hmm. Ścisły umysł, waleczność to cechy cenione w domu węża. Jednak wielka
odwaga i dobroć serca decydują o Gryffindorze!
-
Rosalinda Weasley!
-
Kolejny Weasley w naszej szkole. Nie mam więc wątpliwości, że trafisz do
Gryffindoru!
Wypuściłam
ze świstem powietrze. Tak obawiałam się, że Tiara pomyli się w moim przypadku,
że zdecyduje się na inny dom. Przywitana gromkimi brawami, usiadłam do jednego
z długich stołów, uśmiechając się szeroko.
Po
zakończeniu Ceremonii, na stołach
pojawiły się półmiski i tace wypełnione po brzegi jedzeniem. Dopiero teraz
poczułam jak bardzo zgłodniałam. Na talerz nałożyłam sobie drobiowe szaszłyki,
popiłam sokiem z dyni i w pełni najedzona i szczęśliwa zostałam zaprowadzona
przez prefekta do dormitorium.
**
Tematyka HP nie jest mi obca i zapewne jak większość nastolatków zostałam wychowana na tych książkach. Po przeczytaniu całej serii, nadal czuję niedosyt. Siedem części to jeszcze za mało, więc postanowiłam wypróbować swoje siły i zmierzyć się z nowym wyzwaniem!